Bł. Natalia – pedagog

Mam tu okazje pełniej realizować to, co zawsze, odkąd sięgnę pamięcią, było tęsknotą mojej duszy: by modlitwę uczynić życiem a życia modlitwą. I widocznie łaska Pańska jest ze mną, skoro ludzie tutejsi, swoi i obcy, proszą mnie niejednokrotnie o modlitewne wstawiennictwo.

Jeszcze nigdy nie opuściłam tu codziennej Mszy św. i Komunii duchowej. Tekst Mszy św. tak mi się wrył w pamięć, że mogę swobodnie przy rozpamiętywaniu go, pracować fizycznie. Czasem mi ludzie przerywają nie wiedząc, że w duchu się modlę, nic to, rozmowa z nimi jest też dla mnie modlitwą.

Dał mi Bóg tyle mocy i spokoju, że opanowałam panikę w swoim baraku, a głośnym, ustawicznym wołaniem do Boga zmusiłyśmy Go niejako, że uczynił dla nas cud, wyszłyśmy wszystkie z tej grozy cało i mamy mienie w całości, choć w niektórych barakach obalone ściany. W moim pokoju Jezus z ołtarzyka strzegł wszystkiego (…). Krótkimi aktami strzelistymi zniewoliłyśmy niebo do tego cudu.

Pan jest ze mną ze mną zawsze. On daje mi nieustanną pogodę serca, stały żar wewnętrznej modlitwy. Nie oszczędza mi trudów, ale daje mi przedziwną moc przezwyciężania ich. I właściwie Pani – ten nastrój duszy dobrze zna, jest mi zawsze łatwo nagiąć się do okoliczności, a w chwilach, gdy inni odczuwają lęk i paniczny strach, jestem tak bardzo spokojna spokojem Bożym, że mogę go udzielać innym.

Widzę, że Opatrzność tak kieruje naszymi losami, że związani jesteśmy losem z ludźmi trudnymi, właśnie, dlatego, że mamy takie natury słoneczne i łatwe w obcowaniu z ludźmi. Bogu, bowiem, nie zależy na tym, abyśmy mieli życie łatwe i wygodne, ale na tym, aby mu zjednywać, choć w trudzie i cierpieniu, właśnie dusze trudne. W tym widzę naszą rodzinną misję życiową.

Tu dopiero w pełni przekonuję się, jak cenna dla drugich jest moja życiowa samotność i moje powołanie świeckiego apostolstwa. I przekonuję się, jak palącą kwestią jest, aby zejść, wyjść z ukrycia własnej kapliczki właśnie ku światu, aby wypełnić tę przepaść, jaka dzieli świętego w klasztorze od człowieka świeckiego. Powiedziałabym po prostu, wyjdźmy ze świętością w duszy na ulice!

Tu warunki życiowe są takie, że głos wnętrza mego nakazuje mi nie tylko apostołować przykładem, ale wprost słowem Bożym. Idę bez lęku za tym głosem, modląc się zawsze żarliwie do Ducha św., aby każda moja nauka była, co do joty zgodna z nauką Kościoła, bo wolałabym życie stracić, niż nauczać inaczej.

Anioł Stróż mię strzeże, więc mogę swobodnie nie tylko pracować rękami, ale i mózgiem. W ten sposób przygotowałam wszystkie katechezy rekolekcyjne, nie notując nic. Dopiero po wygłoszeniu całości zrobić sobie mogłam szkic pisemny poszczególnych nauk, aby mi się szczegóły nie zatarły w pamięci.

Nauczyłam się tu, dzięki łasce Ducha św. pracować tak pamięciowo, że nic nie piszę nigdy, wystarczy mi tylko bardzo dokładny pamięciowy plan katechezy i myślowe jego rozwinięcie. Ten plan już mam. Dziś po napisaniu tego listu chcę przemodlić trochę czasu, aby Pan był we mnie i tak mnie przepełnił Sobą w te dni, bym była tylko Jego echem.

Nie ograniczam się tu wyłącznie do troski o swoich. Moi współrodacy zazębiają się przecież o los innych nacji. Modlimy się wszyscy wspólnie o pokój dla wszystkich ludzi dobrej woli, staram się moim koleżankom wszczepić zrozumienie tej najszlachetniejszej unii, jaką jest na świeci Kościół katolicki. W ten sposób niesiemy Boga wszystkim nacjom, z którymi się stykamy. […] jest to praca niedająca doraźnych efektów.

Właśnie rozpoczęłyśmy rekolekcje i było około siedemdziesięciu słuchaczek. Dziś oczekuję prawie setki. Także mężczyźni proszą mnie przez siostrę jednego, abym przyszła się z nimi pomodlić.            W najbliższą niedzielę będziemy miały Mszę św.    w kaplicy w mieście i będzie to dla nas zarazem wielkanocna Komunia św. (…) W inne niedziele, tu w barakach, urządzamy sobie Mszę św. recytowaną, a ja prowadzę katechezę na temat ewangelii. Przez cały październik była, co dzień jedna dziesiątka Różańca i katecheza okolicznościowa.

Wojna uczyniła nam już to dobrodziejstwo, że świeckiemu apostołowi dała wprost anielskie skrzydła, zrealizowała w skrócie czasu szalonym te możliwości, o których przed wojną nawet trudno było marzyć. Dlatego to dziękuje Bogu szczególnie za to, że żyję w dzisiejszych czasach. Mimo, iż są tak makabryczne, są równocześnie przedziwnie światłodajne, prowokuję ulewę łaski.

Moja praca nad duszami nie jest obliczona na doraźny efekt. Liczę się zawsze z tym, że nałogi i przyzwyczajenia są drugą naturą, ale też nigdy nie tracę otuchy, że Pan Sam sobie pozbiera, kiedy będzie chciał plon z tego, co ja sieję w trudzie.

Tyle złego w sercach – gdybym nie miała tyle ufności, ile daje mi Pan, dawno zwątpiłabym w sens pracy nad duszami moich rodaczek. Ale rąk nie opuszczam. Może przecież kiedyś coś z mojego siewu zakiełkuje. (…) Nie wszystkie moje koleżanki oczywiście doceniają walor nastawienia wewnętrznego. Ale, gdy moje perswazje nie odnoszą skutku, trzeba niedługo ciężko pokutować za lekkomyślność.

Teraz nie mogę trafić do ich serca, bo złem zatwardziałe. Ale nigdy nie liczę na ludzką wdzięczność, a co czynię, czynię z miłości Pana. Powoli atmosfera się oczyszcza, a da Bóg, że na święta będzie pogodnie i miło. To nie są złe dziewczęta, tylko dusze spaczone, po prostu trudne, a ja przecież cały swój tutejszy pobyt ofiarowałam na intencję takich właśnie dusz trudnych, żywych i zmarłych.

W fabryce przy pracy okolicznościowa dyskusja religijna Niemcami. Wokół mnie prawie sami niewierzący. Nie pamiętają „Ojcze Nasz”. Z ogniem prawdy serca w oczach mówię im, czym jest Bóg dla mnie. Przypominam im w ich języku tekst tej modlitwy nad modlitwami.

Dzielę się, czym mogę z tymi, którzy potrzebują pomocy, bo tylko w ten sposób wychowuje się najlepiej te, którym ludzie dotychczas mało okazali serca.

To, co powiedział św. Paweł: „Żyję już nie ja, ale we mnie Chrystus”, jest moją prawdą, tym oddycham, tym się ostawam, tym trwam i da Bóg, że przetrwam.

 

/wybór z zapisków bł. Natalii: ks. prof. Jacek Hadryś/